URAL

i tak oto nadszedl ten dzien. jest sobota, godzina 8.52. siedze w samych gatkach na mym fotelu w „salonie”. siedze z bojowym nastawieniem i determinacja do dzialania! a wiec…

wyprawa na ural zrodzila sie i zostala zrealizowana jako ekspedycja firmowana przez azymut wschod. roznila sie od innych tym ze Czaban wiecej szumu robil o niej w eterze 🙂 mialo byc zimno, daleko i ekstremalnie. zimno i daleko
dlatego ural subpolarny zima, ekstremalnie bo 4 dni w pociagu w jedna strone. cel jak zwykle, góra, dach uralu. w Incie czyli tam gdzie najdalej dalo sie dojechac koleja, od razu przesiadka do wielkiego urala ktory przetransportowal nas ponad 100 km przez lodowe pustkowia do kopalni zeleznaja. 7 godzin pozniej spogladajac na oddalajacego sie tego mechanicznego potwora poczlem lekki niepokoj. wyladowalismy wlasnie na zajebistym zadupiu. i to na wlasne zyczenie za spora ilosc szmalu 🙂 po noclegu w szopie uderzylismy dolina ku naszemu celu. pogoda dopisywala, humory rowniez. do tego przypaletal sie do nas pies z kopalni, ktory jak sie okazalo towarzyszyl nam przez cala wyprawe. otrzymal ksywe, jakzeby inaczej, ural. tam gdzie doszlismy wieczorem tam rozbilismy swoj oboz. miejsce gdzie stacjonowalismy przez kilka dni i urzadzalismy wypady to tu to tam. kierunek pierwszego byl oczywisty. na narodnaje dreptalem ok 9h. pisze w liczbie pojedynczej bo reszta ekipy zameldowala sie na szczycie ponad godzinke wczesniej. wynikalo to z faktu ze ma dupa zasiedziala sie ostatnio zdecydowanie za mocno a przy tym zasuszylem sie i mazac zaczalem. po pikniku nad wiszaca skala, odpowiednim nawodnieniu i wytlumaczeniu sobie samemu pewnych kwestii ruszylem w gore. w efekcie z reszta minalem sie pod szczytem i sam owy posiadlem na wlasnosc. tylko spoznilem sie na zachod slonca. na zachwyty i podniete nie bylo zbyt duzo czasu bo trza bylo wiac w dol. 5h dymania w dol po nocy dalo mi sie we znaki tak ze nie mialem nawet mocy aby podniecac sie widoczna tej nocy zorza polarna. kolejne dni to na przemian lezakowanie i szczytowanie. drugim punktem wyprawy byl Karpinski zwany pieszczotliwie kaspirowskim. wszyscy weszli lub prawie weszli, wszyscy tez cale szczescie zeszli choc nie obylo sie bez scen. w tym momencie zarzadzilismy odwrot, spakowalismy oboz, wrocilismy do kopalni, kiblowalismy tam poltora dnia w oczekiwaniu na transport. tym razem jednak korzystajac z uprzejmosci pomieszkiwajacych tam gornikow udalo nam sie zakosztowac prysznica i loza z posciela. a potem juz byl ural, pociag, moskwa, pociag i dom 🙂

 

 

ural w pelnej okazalosci z narodnaja w tle…

 

…i galopujace renifery

trzeba isc!

nie zapominajac przy tym o wlasciwym rozlozeniu proporcji pomiedzy isciem a odpoczynkiem

kadr z zycia obozowego

przychodzi jednak taki moment ze trzeba isc…do gory

potem prosto

i jest sie na miejscu. fota z serii szczytuj ze sponsorem 🙂

zacny widoczek

i brunet wieczorowa pora

no i Dziki w wersji romantico 🙂

 

a na koniec zorza

 


2 Responses

  • Aż dreszcze po ciele przechodzą jak się patrzy na te zdjęcia…. naprawdę duży podziw dla Ciebie i Twojej pasji!!! Pozdrawiam!!!

  • mnie dreszcze ekscytacji przechodziły zawsze o poranku jak trzeba było wyskoczyć z ciepłego śpiworka 🙂 pozdrawiam również

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *