Od razu, bez owijania w bawełnę, musze rozczarować zerkających tu w oczekiwaniu, że znajdą odpowiedź na pytanie: co się stało w boże ciało? Dziś się nie dowiedzą. Chronologia, głupcze! Mawiał mędrzec.
Dlatego dziś o pewnej szwędaczce w chaszczach. Wyjatkowej w kilku wymiarach.
Spontanicznej w swojej przypadkowości, której lekko tylko trzeba było pomóc. Zbieg tylu logistycznych zrządzeń losu nie mógł nie zostać skonsumowany w bardziej wyrafinowany sposób.
Łyso. „Moja” kraina z baśni i tysiąca nocy. Przemierzana już ponad półtorej dekady, ale nigdy nie podana w formule, jedynej słusznej. LeExpedition! Aż sie wierzyć nie chce! Wiara w cuda swoją drogą, ale przy pierwszej nadającej się okazji, trzeba było przejść do czynu. Gdy tylko konstelacja koordynatów na Łyso weszła na tor orbity nadchodzącego weekendu trzba było działać. Dzień na decyzję. A więc telefon do Druha, który wedrówki i pacierza nigdy nie odmawia.
I tak oto dokonało się. Wraz z Kol. Kierownikiem spotkaliśmy się w środku łysogórskiej puszczy z zamiarem przyrodniczego nasycenia. Podniosłości tego wydarzenia był fakt, że odprowadziły mnie K i Z.
Cel sportowy: trawers puszczy zahaczając o najzacniejsze miejscówki, z drugim daniem w postaci trawersu magiczną doliną Słubii. Rzeki epizodycznej, w której naprzemiennne epizody nurtu nie płynęły z prądem 🙂
Cel główny: przyrodnicze nasycenie świeżym powietrzem w trakcie czesania jak największej ilości gatunków flory i fauny.
Czesanie zaczeliśmy z niskiego pułapu.

Potem czesaliśmy już bardziej na poziomie.

Mimo tego szukaliśmy wskazówek jak robić to lepiej.

By w końcu wejść na najwyższy poziom wtajemniczenia.

Wtedy widzisz wszystko szerzej.

Wtedy wiesz, że możesz iść dalej.

By móc pochylić się nad kolejnym epizodem.

Ale zanim do tego przejdziemy, najpierw trzeba…

…znaleźć zacny widoczek.

I się w nim rozgościć.

Czym chata bogata.

Koniec epizodu pierwszego.

EPIZOD dwa

„Wedrówką strawą dla duszy” – mawiał mędrzec. „Trzeba iść!” – mawia Kol. Kierownik.

Rzeka epizodyczna. Jeszcze biały kruk wśród naszych cieków wodnych.

Wyschnięta w swoich meandrach.

Jest ale jej nie ma.

A potem znowu jest.

Na początu trochę się jeszcze wstydzi.

Kryguje się i zasłania.

By w końcu, zaprezentować się, w pełnej krasie.

I ukazać całe swoje piękno.
PS.
boże ciało, pamiętam 😉
